

|
EDYTORIAL
Niejednokrotnie wielu zadawało pytanie: kim jest Jezus? Czyją
mocą czyni cuda i znaki? Kto upoważnił Go do działań, których
nie da się w pełni wytłumaczyć? Uzdrawiając chorych czy lecząc
zranione ludzkie dusze, działał z mocy Boga czy szatana?
Istnieją osoby, które nie tylko nie są w stanie uwierzyć w żaden
cud, ale też - niemal na własne oczy widząc różne znaki i doświadczając
działania Bożego - nie są w stanie uwierzyć, że to Bóg objawia
się w sposób wyraźny i jednoznaczny, że działając w ukryciu
nie czyni nic na pokaz ani dla ostentacji a jednocześnie zadziwia
tak samo jak niegdyś - gdy odpuszczał grzechy i kazał wziąć
swoje łoże i iść.
Pan Bóg nie działa standartowo, nie jest na naszych usługach i -
tym bardziej - nie postępuje według jakichś schematów i układów.
I w tym kontekście trzeba patrzeć na Jego "tak" i
"nie". "Bóg mi świadkiem, że w tym, co do was mówię,
nie ma równocześnie "tak" i "nie"" -
wyznał w Liście do Koryntian św. Paweł. Był jednocześnie świadomy,
jak często i jak łatwo ulegamy owej pokusie działania na pokaz,
uprawiania swoistej dyplomacji.
Jeśli chcemy uchodzić za uczniów czy świadków Jezusa, musimy być
świadomi, że nie o to chodzi, żeby się pokazać ani o to, żeby
ludzie nas podziwiali i szanowali, lecz o to, by poprzez nas - w różnoraki
sposób - spełniała się wola Boga.
Cały problem, cała sztuka w tym, żeby nie było w nas zakłamania,
żebyśmy umieli być prawi a jednocześnie autentyczni, żeby
prawda życia odbijała się w naszym myśleniu i działaniu. Owa
prawda kosztuje zawsze bardzo dużo i nie istnieje bez ofiary, bez
cierpienia - ale nie ma innej drogi.
Często pytają nas ludzie: kim jest Jezus? Żadna odpowiedź nigdy
nie będzie pełna ani wiarygodna, jeśli za nią nie będzie szło
nasze "tak", nasze zaufanie Bożej sprawie.
Jezus objawił największą tajemnicę. Nie ukrywał jej. Zabrał
kiedyś ze sobą Piotra, Jakuba i Jana, zaprowadził ich na górę
wysoką i - jak czytamy w Ewangelii - przemienił się wobec nich.
Dlaczego wobec tego - moglibyśmy zapytać - gdy nadejdzie czas próby,
właśnie osoby blisko związane ze Zbawicielem pozostały ślepe i
głuche, a nawet - jak się stało w przypadku Piotra - tchórzliwe?
Dlaczego obcując niemal na co dzień ze swoim Mistrzem, zawiodły w
najważniejszej chwili?
Warto w tym miejscu przypomnieć ofiarę Abrahama. Była ona
rodzajem najcięższej i największej próby. Z ludzkiego punktu
widzenia była i - jeśli spojrzeć na tamto wydarzenie chłodnym
okiem - pozostaje zupełnie niezrozumiała. Właściwie tak samo
niezrozumiała, jak ofiara Ojca Niebieskiego ze swego Syna.
Ostatecznie jednak Abraham nie musiał poświęcić jedynego syna.
Ofiara Jezusa wypełniła się od początku do końca. I to, co miało
stać się największym poniżeniem, wręcz wstydem, ogołoceniem i
cielesnym, i duchowym, stało się drogą do odkupienia. Jeden z
francuskich pisarzy napisał kiedyś, że słabość Boga w żadnej
religii jest nie do pomyślenia, zaś w chrześcijaństwie właśnie
ta słabość staje się największą siłą. Dodać by należało,
że siła - jeśli o chrześcijaństwo chodzi - bierze się z ofiary
i zawierzenia a nie z ideologicznej propagandy czy zbrojnego oręża.
Refleksji, która skłania do przemiany a nawet i przewartościowania,
wszyscy potrzebujemy. Nie chodzi o żadną ostentację ani o jakieś
cierpiętnictwo. Chodzi o odwagę uzmysłowienia sobie: kim jesteśmy
i jaka jest nasza rola. Albowiem - jak Piotr, Jakub i Jan, jak
niegdyś Abraham - uczymy się być chrześcijanami, świadkami,
zwiastunami Bożego Objawienia.
Łącząc "stare" z "nowym", w kolejnym Archiwum
Pamięci, udostępniamy różnego typu świadectwa i zapraszamy na
nasze internetowe strony.
Marek
Wittbrot
redaktor
|
|

|